Wspomnienia
Księga adresowa Polski 1929 Wspomnienie Perry Eismana Szczebrzeszyńscy duszpasterze U progu wielkiej wojny - 1914 ZHP w Szczebrzeszynie w latach 1944-1949 Jak Stanisław Kiewlicz pracował w Szczebrzeszynie Leon Bibel Wspomnienia Franciszki Boryty Opowieści ze sztetlaOpowieści ze sztetla
Philip Bibel - Opowieści ze sztetla
Z angielskiego tłumaczył Tomasz PańczykKilka postaci z naszego miasteczka
Kiedy wspominam mieszkańców mojego miasteczka, niektórych widzę wyraźniej z powodu ich zachowania, dzięki silnemu wrażeniu, jakie na mnie zrobili.
Listonosz
Rzadko sypiał czy odpoczywał. O szóstej rano był już w małej modlitewni na piętrze świątyni. Zamiatał podłogę, ustawiał stoły i ławy, rozpalał ogień w narożnym piecu, żeby ogrzać pomieszczenie. Kiedy wierni zbierali się na poranne modlitwy, pokoik był już przygotowany: nagrzany i czysty. Mojsze często też przejmował obowiązki kantora, jeżeli nie było nikogo innego pod ręką.
Tuż po porannej modlitwie zaczynał swoją codzienną pracę – szedł na pocztę, gdzie odbierał przesyłki dla wszystkich Żydów z naszego miasteczka. Dźwigał dwie wielkie torby, z reguły wypełnione po brzegi.
Tajemnicą poliszynela był fakt, że przed doręczeniem czytał wszystkie pocztówki, a czasami nawet otwierał nad parą niektóre listy, żeby zapoznać się z ich treścią. Nigdy nie zdradzał, co przeczytał, nigdy nie plotkował, ale świetnie orientował się w tym, co działo się w każdym domu w miasteczku, znał wszystkie sekrety zawarte w powierzonej mu korespondencji.
Jeśli ktoś go zatrzymywał na ulicy, chcąc odebrać zaadresowaną do siebie korespondencję, ze srogą miną przypominał, że listy opatrzone są adresem i tam też powinny zostać dostarczone, nie zaś rozdawane na ulicy.
– A skąd mam wiedzieć, czy pan się pod kogoś nie podszywa? – żartował.
Postać listonosza przywołuje kolejne wspomnienie.
Fajga
Napisałem do niej długi list, wyznając miłość, uwielbienie i zazdrość, nie mogłem jednak zdobyć się na odwagę, by wręczyć jej kopertę. W końcu nakleiłem znaczek, znalazłem gdzieś w ciemnym kącie Mojsze listonosza i nieśmiało poprosiłem o doręczenie listu Fajdze.
– Nikt, ale to nikt nie może tego zobaczyć.
Do ręki wcisnąłem mu kilka monet. Mojsze uśmiechnął się, mrugnął do mnie i obiecał dostarczyć list adresatce.
W wieku czternastu lat wstąpiłem do organizacji Młodych Syjonistów, przygotowującej do wyjazdu do Palestyny. Działała w niej również Fajga, w związku z czym dosyć często się widywaliśmy, nasze rozmowy jednak zawsze dotyczyły wyjazdu i przyszłego życia w Izraelu. Nigdy nie dotknąłem ani nie pocałowałem Fajgi. Nigdy nawet nie dowiedziałem się, czy mój list miłosny do niej dotarł i jaką wywołał reakcję. Wszyscy jednak uważali nas za parę, która kiedyś weźmie ślub i zamieszka w kibucu.
Wcześniej jednak musiałem pomóc mojej rodzinie osiedlić się w Ameryce. Kiedy opuszczałem nasze miasteczko, Fajga pocałowała mnie ten jeden, jedyny raz w policzek.
Więcej nie widziałem już Fajgi, chociaż później, dużo później dowiedziałem się, że także zamieszkała w USA.
Wspomnienia o Mojsze Kliskim i mojej pierwszej miłości pozostały.
Lunatyk
Podwórze z tyłu naszego domu prowadziło do alejki – wąskiej, cichej uliczki, która rozdzielała zabudowania żydowskie, zwrócone głównie w stronę rynku, od polskich, kierujących się w stronę okolicznych wsi i pól.
Uliczka ta łączyła dwie drogi odbiegające z dwóch narożników rynku. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek naszą uliczką przejechała furmanka, pamiętam za to większość ludzi przy niej mieszkających. Kilka domów dalej, w kierunku wschodnim od nas, po polskiej stronie ulicy mieszkała bardzo przyjazna polska rodzina. Był to ładny dom, z typowym ogrodem, drzewami owocowymi i gromadką dzieci. Najstarszy chłopak miał około dwudziestu lat. Codziennie rano przechodził koło naszego domu w drodze do pracy, do małego zakładu produkującego laski. Zakład ten mieścił się w budynku, który na niedzielę zamieniano w kino, wyświetlające jedne z pierwszych filmów w historii kinematografii. Ten uśmiechnięty chłopak był zawsze grzeczny, za każdym razem nas pozdrawiał: uchylał czapkę i mówił: „dzień dobry!”.
Pewnej letniej nocy, ktoś zauważył go lunatykującego. Miał na sobie długą koszulę nocną, był boso. Najwyraźniej w głębokim śnie, z zamkniętymi oczami i rozpostartymi ramionami przemierzał naszą uliczkę. Najpierw pojawiły się tylko szepty zdziwienia: „Somnambulik wśród nas?”. Wkrótce okazało się, że to prawda: coraz więcej osób widziało go spacerującego we śnie, nawet po wysokich dachach kamienic w rynku! Coraz więcej osób przychodziło na to popatrzeć. Niektórzy nie kładli się spać w księżycowe noce, by podziwiać lunatyka, chodzącego po stromych, krytych gontem dachach. Zjeżdżali się nawet z okolicznych miast: Zamościa, Biłgoraja, a nawet dalszych. Siadali na murowanym ogrodzeniu kościoła. Otworzono w rynku nawet dwie budki, sprzedające w nocy wodę sodową, papierosy i herbatę. Robiły świetne interesy. Podobnie było z cukierniami i sprzedawcami nasion słonecznika. Nasze miasteczko miało wreszcie „życie nocne!”. Lunatyk zaś stawał się coraz bardziej odważny, a nawet zuchwały. Niektórzy obawiali się, że może spaść i zrobić sobie krzywdę, nawet się zabić. Moja mama radziła nawet jego matce, żeby tamta poustawiała miednice z zimną wodą dookoła łóżka chłopaka – kiedy zechce wstać, zimna woda go obudzi. Jego matka uśmiechnęła się i powiedziała, że rozważy tę sugestię.
Z coraz większym tłumem gapiów oglądałem te „występy” każdej nocy. Mój kuzyn Natan zwrócił uwagę, że coś zmieniło się w stroju chłopaka: nosił teraz buty i spodnie pod nocną koszulą. Zauważyliśmy, że niektórzy z jego przyjaciół dyskretnie podążali za nim, a my domyślaliśmy się, że prawdopodobnie ostrzegali go przed niebezpieczeństwami. Jednak nie zdradziliśmy tego nikomu. Była to przecież wspaniała rozrywka dla naszego miasteczka. Trwało to wszystko około dwóch lat, po czym młodzieniec poślubił córkę zarządcy cukrowni. Jego żona utrzymywała, że wyleczył się z lunatyzmu, kiedy zaczęli myśleć o dzieciach.
Sztetl musiało znaleźć sobie inną atrakcję.
Josefu i Natan
Po porannych modłach i śniadaniu Josefu zawsze był widziany w towarzystwie swojego przyjaciela Natana Szapiro. Ten czterdziestoletni kawaler nie był ani kupcem, ani sprzedawcą – w ogóle nie pracował. Jego wujek Chaim utrzymywał Natana, jego matkę, siostrę – starą pannę oraz młodszego brata. Natan nosił eleganckie ubrania, ale tym, co zwracało największą uwagę, był jego słomiany kapelusz z szerokim rondem, który nosił przez cały rok.
Natan i Josefu zawsze siedzieli w herbaciarni albo w jednej z budek w rynku, pijąc gorącą, słodką herbatę ze szklanek, czytając gazety, które wpadły im w ręce i dyskutując o polityce.
Nagle stało się coś dziwnego: swatka z Białegostoku pokazała Natanowi zdjęcia i złożyła mu propozycję. Natan zniknął z miasteczka na krótką chwilę, po czym wrócił, zebrał swoją rodzinę i wyprowadził się do tego odległego miasta, by poślubić bardzo bogatą dziewczynę.
Nie widzieliśmy Natana już przeszło rok, kiedy nagle pojawił się jak gdyby nigdy nic w herbaciarni z Josefu. Miał na sobie nowe, eleganckie ubranie, modne buty i nowy słomiany kapelusz. Został w mieście kilka tygodni, po czym znowu zniknął. Doszły nas słuchy, że został ojcem bliźniaków.
Naga panna młoda
W sobotnie wieczory młodzież z naszego miasteczka wychodziła całymi grupami na spacery główną ulicą, była to także okazja do flirtu. Podczas jednego z takich wieczorów podejrzałem wujka i tę młodą dziewczynę, gdy się przytulali, a nawet przelotnie pocałowali. Podobało mi się to i miałem nadzieję, że wkrótce się pobiorą.
Mejer od tego czasu spoważniał, zaczął nawet mówić o budowie domu dla swojej wybranki. W końcu wysłał swatkę do rodziców dziewczyny, ci jednak odmówili zaręczyn. Wybrali już na swojego zięcia jakiegoś uczonego chłopca o delikatnym zdrowiu. Wtedy Mejer osobiście udał się do nich, ci jednak pokazali mu drzwi. Był zdesperowany – postanowił potajemnie spotkać się z ukochaną. Nie było to łatwe, bo rodzice zabronili dziewczynie jakichkolwiek kontaktów z Mejerem, w końcu zamknęli ją w pokoju, żeby uniemożliwić im wszelkie kontakty.
Czas mijał, a sytuacja wcale się nie poprawiała. Rodzice dziewczyny ogłosili zaręczyny swojej córki. Wuj popadł w przygnębienie. Usłuchał jednak namów swatki i pojechał do Chełma, do naszej rodziny. Tam spotkał Ziporę, również piękną i ponętną dziewczynę, i wkrótce się pobrali. Mejer rozpoczął budowę domu.
Niedługo potem rozeszły się plotki, że dziewczynę z naszego miasteczka – niedawny obiekt westchnień Mejera – widziano zupełnie nagą, siedzącą na środku rynku i wykrzykującą sprośności. Z czasem sytuacja się pogorszyła. Nikt nie był w stanie jej uspokoić. W końcu rodzice zamknęli ją w małym pokoiku, w którym założyli stalowe kraty w oknach i metalowe drzwi. Jej wrzaski słychać było w całym mieście, aż nagle, pewnego dnia nastała cisza. Dziewczyna tłukła głową o stalowe kraty tak długo, aż roztrzaskała sobie czaszkę i wykrwawiła na śmierć.
Wszyscy poszliśmy na jej pogrzeb, jednak moi rodzice, jak również większość mieszkańców miasteczka unikali rodziców dziewczyny. Zmarli krótko po swojej córce.
Berl Grebcer
Zazwyczaj kiedy wracał w nocy, dźwigał na plecach worek zboża, ziemniaków czy grochu, by sprzedać to z małym zyskiem któremuś z żydowskich kupców. Pewnego wieczora zobaczyliśmy go, gdy wrócił ze sporym cielakiem przerzuconym przez ramiona. Wyglądał jakby miał na sobie wielki, futrzany kołnierz. Czasami jednak, a nawet często, wracał z pustymi rękoma.
W piątki wracał do domu wcześniej i szedł do mykwy. Po powrocie z niej był spokojniejszy, dom był wtedy posprzątany, a dzieci ubrane. Nakrywano szabasowy stół z chałą przykrytą czystą chusteczką i dwiema świeczkami, czekającymi na zapalenie.
W każdy piątek, kiedy moja rodzina piekła chleb na cały tydzień, robiła też kilka dodatkowych bochenków dla rodziny Berla. Matka dyskretnie dostarczała ten chleb i chały, wkładając do pakunku również kilka szabasowych świec, a czasami kawałki ryby. Pewien jestem, że i inni wspomagali na szabas tę rodzinę.
Podczas tych wieczorów ze starego domu dochodziły tylko przyjemne odgłosy. Czasami nawet dało się słyszeć, jak Berl śpiewał. Bardzo się wtedy cieszyliśmy.
Następnego ranka Berl znowu wyruszał w drogę, żeby zarobić kilka marnych groszy i znowu dawało się słyszeć głębokie, smutne odgłosy biedy i trudu.
Szczebrzeszyn.net Serwis internetowy poświęcony historii miasta Szczebrzeszyn. |
NEWSLETTERChcesz dostawać od nas informacje,wyślij swój e-mail. |

